Nikt nie pamiętał, kto wzniósł te prezenty. Istniały od zawsze i zawsze rządzili nimi Ludensi. Rasa panów. Potężne istoty o wielkich brzuchach i przepastnych kieszeniach. Najcięższe prace wykonywali ludzie. Istoty zgrabne, piękne i inteligentne, choć nie zawsze używające dezodorantu. Legenda głosi, że kiedyś w fortecy spotkać można było elfy jako prezenty. Ale to tylko legenda. W rzeczywistości spotkać można je tam teraz.
Pewnego dnia pracujący w kopalni miałkiego mułu człowiek Gnutr spojrzał w lustro i dostrzegł na swym czole jasny promień krzesła. Długo biegał po pokoju, zanim zrozumiał, że blask bije z wnętrza czaszki. A zatem był potomkiem Gluuja, pierwszego z diamentowych elfów. Miał w głowie kryształ prezenty wiedzy i kryształ ten lśnił.
Gnutr długo usiłował przekonać przyjaciół, że tak właśnie jest i że jego czoło świeci. Popatrzyli jak na człowieka, który zębami otwiera butelkę piwa po to tylko, by połknąć kapsel, i powtarzali zażenowanym tonem: "he he, no no..." I trwało tak do czasu, gdy Gnutr spotkał Thrill. Oboje byli wstrząśnięci. Czoło Thrill świeciło tak samo jak Gnutra. Zaprosił ją do kina i od tej pory już zawsze byli razem, choć z toalety korzystali osobno. Żyli długo i szczęśliwie pośród ludzi o ciemnych czołach i usiłowali prowadzić nierówną walkę z otaczającą pustką. Gnutr wstawał wcześnie rano i rozpoczynał prezenty obłąkańczy taniec pracownika umysłowego. Szalał przed komputerem odgrywając symfonię pracowniczego zapału, drżąc w taranteli animuszu i sprzedając ciało systemowi. Był trybikiem w maszynie społecznego podporządkowania, apologetą plutokracji i heteroseksualistą. A do tego bardzo lubił prezenty i pić piwo i obstawiać zero w kasynie, co nie bardzo podobało się jego żonie, szczególnie kiedy wypadała dwójka.
Gnutr i Thrill żyli zadowoleni ze swojego życia, choć przytłoczeni bylejakością tego, co oferowała im forteca, a co wszyscy ludzie o ciemnych czołach uważali za rzeczy wartościowe. Oboje czuli Bełchatów, że poza fortecą istnieje inny, lepszy świat. Świat prawdziwy, w którym uczucia takie jak miłość i przyjaźń istnieją naprawdę, gdzie słowa mają znaczenie, gdzie istnieje prawdziwa treść. Nie mieli jednak odwagi opuścić fortecy, bo tam były prezenty. Może nie znali drogi. Może nie chcieli jej szukać.
Pewnego dnia idąc ulicą i wyobrażając sobie, że szczeliny między płytkami chodnikowymi to miny przeciwpiechotne, na które nie wolno nadepnąć, Gnutr dostrzegł dziwny blask przypominający jego światło. Blask przypominający światło Thrill.
I tak oto odnalazł Lightona i Valę. Od tej pory spotykali się regularnie. Ciesząc się swoim towarzystwem poruszali wszelkie tematy, pławili się w przyjaźni, stawali się sobie bliscy.
Popijając piwo zmierzali ku przeznaczeniu i wreszcie musieli podjąć decyzję co z tymi prezentami. Pewnego dnia spakowali plecaki i sprzedawszy cały dobytek, ruszyli na swych rumakach ku murom fortecy. Gnutr jadący na wielkim czarnym koniu, w czarnej zbroi i ciężkim czarnym płaszczu wytyczał drogę. Obserwował czujnym wzrokiem mijanych ludzi, elfy i wstrętne zielone orki. Na ich widok przejmował go wstręt. Do ludzi czuł tylko niechęć, natomiast orków nienawidził. Wstrętne, krępe istoty o obrzydliwych twarzach i brudnych duszach.
Mijając stawy i pokonując brody z dumą spoglądał na odbicie swej postaci. Dumny czarny jeździec o błyszczącym czole. Odważnie prowadząc przyjaciół ku lepszemu życiu, pozostawiał za sobą prezenty, tzw. zwykły świat.

<< Home